czwartek, 19 września 2019

Wrześniowe adaptacje i dyniowe dekoracje

Witajcie Kochani,
Znów długo mnie nie było, wrzesień tegoroczny rozpoczęliśmy z przytupem: cała trójeczka naszego przychówku rozpoczęła naukę w szkolnych i przedszkolnych pieleszach, w tym dwójka w nowych placówkach... Obstawiamy rodzicielsko przedszkole, szkołę podstawową i szkołę średnią, co pewno nieraz będzie dużym wyzwaniem :)

Najstarszy syn dostał się do wymarzonego technikum informatycznego, Mateusz jest w 7 klasie, a Bartuś rozpoczął swoją przygodę z przedszkolem i póki co, po niewielkich kłopotach z adaptacją, jest bardzo dzielny:)...
Tak więc na pewno rozumiecie, że logistyczne rozpracowanie dojazdów, dowozów i przywozów dzieci, porannego poruszania się po domu tak, aby wszyscy zdążyli i nie blokowali nadmiernie zwłaszcza łazienek:),  zebrania, podręczniki, zajęcia dodatkowe, cała szkolno-przedszkolna wyprawka, to wszystko przez pierwsze 2 tygodnie września zdominowało nasze życie... Po wakacjach trzeba też było przestawić się na funkcjonowanie w zgoła innych godzinach...

Obaj starsi chłopcy zaczynają codziennie lekcje o 7.30 i 8, na szczęście nie uczą się w systemie zmianowym, Bartusia też zawożę na ósmą do przedszkola... Do tej pory sypiał do 9, 9.30 więc pobudka o 7 rano jest dla niego dużym wyzwaniem, ale jakoś dajemy radę :)

Pierwsze 20 dni września minęło zatem niczym sen jaki złoty, a tymczasem jesień rozpanoszyła się na dobre z wrzosami, dyniami, rozchodnikami, czyli taka, jaką najbardziej kocham :)

Dynie, to są właśnie te warzywa, które w tym roku wyszły mi najlepiej :)
Rozpanoszyły się w całym warzywniku, przygłuszając wszystko, ale są tak urocze, że nie mam serca ich poskramiać :)
Uważam, że są wspaniałą jesienną dekoracją, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz, świetnie komponują się z wrzosami, pelargoniami, chryzantemami czy rozchodnikiem... A jeśli dodamy do nich lampiony czy świece, to już jest mega :))))
Na zewnątrz wytrzymują bardzo długo, u mnie najczęściej stanowią dekorację aż do Bożego Narodzenia...

Poniższe zdjęcia były robione dzisiaj, pelargonie nadal są w dobrej kondycji i pewno jeszcze trochę nam potowarzyszą. Później to już tylko chryzantemy, lubicie? Ja bardzo, i zawsze późną jesienią kilka krzaczków zdobi moje obejście :)














W domu pomalutku planuję małe zmiany, pierwszą jest pomalowana już ściana na korytarzu. Wprowadzam coraz więcej koloru do wnętrza, choć operuję cały czas paletą błękitów, czyli moją ulubioną :)



Czeka mnie też mały lifting kuchni, mam nadzieję, że uda się go zrobić przed końcem roku...

A dziś żegnam się już z Wami, czas goni do obowiązków, życzę wszystkim na najbliższe dni takiego słońca, jak na powyższych zdjęciach:)

Pozdrawiam ciepło,
Ewa

środa, 7 sierpnia 2019

Mazurskie impresje, czyli o naszych tegorocznych wakacjach

Post przedwczoraj obiecany, a dziś już dodany, to chyba rekord, ale to dlatego, że bardzo chcę się podzielić z Wami moimi wrażeniami z pobytu na Mazurach. Były to nasze pierwsze rodzinne wakacje w tych stronach, a mój osobisty powrót po, bagatelka, 25 latach ...

Trafiliśmy nad jezioro Inulec, niedaleko Mikołajek. Miejsce bardzo malownicze, ustronne i spokojne, jezioro, łąki, lasy, krowy i bociany, z tym właśnie od tych wakacji będę kojarzyć Mazury, a nie, i tu pewno niektórych zaskoczę, komarami, których była dość znikoma ilość i specjalnie nie przeszkadzały nam delektować się urokami miejsca :)




 Pogoda nam sprzyjała, cały czas więc spędzaliśmy na wyprawach bądź po jeziorze: kajakami, rowerkami lub łódką, bądź  pieszymi i rowerowymi po pięknej okolicy. Zaraz obok naszego lokum była piaszczysta plaża z łagodnym zejściem do jeziora, ulubiona miejscówka naszego 3-latka:) Piasek i woda oraz kilka pojemników do przelewania = raj dla dziecka :)
Starsi chłopcy w tym czasie pływali, skakali do wody lub grali w siatkówkę na boisku obok:)
Nie wiem, czy zdjęcia oddają urok tych okolic, ale my wróciliśmy zachwyceni i z przekonaniem, że nie był to nasz ostatni pobyt na Mazurach :)
Dodam jeszcze, że miejsce, jak na koniec lipca czyli pełnię sezonu, było bardzo spokojne, najczęściej i na jeziorze, i na wycieczkach po okolicy, nie spotykaliśmy prawie ludzi, za to mnóstwo zwierząt: łabędzie, kaczki, bociany no i krówki, bardzo towarzyskie zresztą:)



Zdjęcie poniżej przedstawia widok z naszego okna :) Do jeziora mieliśmy tylko kilka kroków...



















A tuż za domem kończyła się wieś i zaczynała taka oto malownicza droga, prowadząca miedzy jeziorami i łąkami do lasu...

























Cudnie było, naprawdę, i mam nadzieję, że w przyszłym roku również uda nam się tam wrócić :)

Pozdrawiam serdecznie wszystkich jeszcze tu zaglądających,
Ewa